2018-02-11

DIY DREWNIANY WIESZAK DO KUCHNI

Dawno nie było na blogu żadnego projektu DIY. Kiedyś to miejsce słynęło z takich projektów. Niestety ostatnio brakło mi czasu na jakiekolwiek tego typu realizacje. To co tu zobaczycie powstało w wakacje. Zrobiłam zdjęcia, a potem zapomniałam, że mam już gotowy foto materiał. Do czasu, kiedy na początku roku robiłam porządki w RAW-ach na dysku. To znalezisko bardzo mnie ucieszyło. Może i Was ucieszy.
System relingów nad blatem w kuchni nigdy nie był w 100% tym, co bym chciała. Na początku były to czarne metalowe relingi z IKEA. Gdy do oferty weszły identyczne chromowane, wymieniłam je. Wtedy czerń przy już kontrastowych kolorach, czerwieni i niebieskościach, bardzo mnie męczyła. Potrzebowałam czegoś bardziej neutralnego. Wersja chromowana bardziej zadowalała moje oko. Nadal nie było to spełnieniem moich marzeń. Któregoś dnia, gdzieś w czeluściach internetu z pięknymi wnętrzami zobaczyłam to o co mi cały czas chodziło. Był tylko mały problem. Szukałam tego rozwiązania, gotowego do zakupu w polskich sklepach zarówno internetowych jak i stacjonarnych, przez kilka miesięcy. Niestety bez skutku. W końcu, gdy moje marzenie pojawiło się w sklepie, cena była zbyt wysoka. Wiecie, co wtedy robię, prawda ?  Próbuje sił z danym tematem. Tym razem, dałam szanse mojemu mężowi. W końcu tak bardzo lubi mnie uszczęśliwiać. ;) Pokazałam zdjęcie, powiedziałam jak chcę i gdzie chcę. Przygotowałam projekt i materiały, a mąż wykonał. 
Teraz do rzeczy. Co mnie tak zachwyciło? Coś bardzo prostego, klasycznego. Drewniany długi wieszak z małymi drewnianymi kołkami mocowanymi pod skosem. Na pewno wiecie o czym mówię. A jak nie wiecie, to zaraz się dowiecie. W tym momencie, zakup tego typu wieszaka, nie jest już takim problemem. Nadal jednak cena i rozmiary mnie nie zadowalają. Mój wieszak ma prawie 2,5 metra długości. Gdybym chciała taki zakupić, musiałabym wydać minimum 160 złotych. I byłby to cztery wieszaki, które bym łączyła. Mój projekt kosztował mniej niż 50 złotych. A materiału zostało na jeszcze jeden 70 cm wieszak. ;) Chyba warto było podjąć się takiego wyzwania. Może i Wy się skusicie ? 

Do wykonania wieszaka zakupiłam w markecie budowlanym dwie długie listewki  o szerokości 4 cm i grubości 1,5 cm oraz kilka walcowatych cienkich drewnianych kijków o średnicy 1 cm. Całą potrzebną resztę miałam w domu. A wy znajdziecie ten niezbędnik na liście poniżej.



Zaczynamy od przemyślenia jak długi ma być wieszak. Potem zaznaczmy miejsca w których umieścimy kołki  do wieszania. Trzeba również zaplanować między nimi miejsce na śruby do mocowania wieszaka do ściany. My zamontowaliśmy kołki w odstępach co 10 cm. 


Długie kołki zostały pocięte na kawałki o długości 6 cm. Nie trzeba ich ciąć pod skosem. Tniemy proste kołki, a następnie końcówki szlifujemy papierem ściernym. 


Dziury na kołki wiercimy najpierw pod kątem prostym, potem lekko nachylając wiertło. Dzięki temu będzie można je zamontować pod skosem i nic z nich spadać nie będzie. Spokojnie możemy przewiercić deskę na wylot. To w niczemu nie przeszkadza. 


Na końcówkę kołka nakładamy klej do drewna i mocujemy w otworze. 


Klej, który wystaje poza otwór usuwamy małym patyczkiem lub ściereczką, lub tym i tym.


Jeśli nie mamy pewności, czy dobrze umocowaliśmy kołki, można je delikatnie dobić młotkiem. 


Gotowy wieszak zostawiamy do czasu wyschnięcia kleju. 


Miałam ochotę zostawić wieszak w surowej formie. Jest to jednak sosna, która z czasem brzydko żółknie. Przejrzałam puszki z tym co mam w domu i rozcieńczyłam wodą białą farbę akrylową, aby lekko wybielić drewno. W sumie nałożyłam 3 warstwy i dziś sądzę, że co najmniej o jedną za dużo. ;)  Na koniec położyłam warstwę matowego lakieru akrylowego.


Gotowy wieszak ( w sumie dwa ze sobą połączone) prezentują się tak :


Ja ten wieszak uwielbiam i tego właśnie brakowało mi cały czas w kuchni. Myślę tylko, czy nie wolałabym go w kolorze starego drewna, lub po prostu w jakimś odcieniu niebieskości lub zieleni. To oczywiście wszystko jeszcze można zmienić ;) 

scandinavian kitchen, white kitchen, biała kuchnia

Jeśli śledzicie mnie na instagramie, wiecie że kawa to stały punkt mojego poranka. I wiadomo, że odpowiedni kubek to podstawa. Ja takich kubków mam kilka a może nawet kilkanaście i bardzo lubię mieć je pod ręką. Teraz większość wisi na nowym wieszaku i cieszy moje oczy, nawet wtedy, gdy kawy nie piję. 


Drewniany wieszak w zamian metalowych relingów fajnie scalił cały mój living room. Mam wrażenie większej spójności i przytulności całej przestrzeni. 


Jakiś czas temu pokazywałam Wam nowe zielone krzesło i zastanawiałam się, gdzie powinno zostać. W kuchni czy przy biurku. Teraz nie mam tego problemu. Kolejny staruszek trafił pod zielony pędzel. Nawet jedno z niebieskich krzeseł zmieniło odcień. Z kobaltu na blue jeans ( ten sam, który jest na ścianie w pokoju Yosiela). Zastanawiam się, czy na któryś z tych właśnie kolorów, nie przemalować wieszaka. Co o tym myślicie ? 




Nie raz dostawałam pytania, czy taka kuchnia bez miejsca na suszarkę do naczyń jest praktyczna (pomimo zmywarki). Uważam, że nie. I dlatego ja mam takie miejsce, choć na pierwszy rzut oka nie widoczne. Już w fazie projektu kuchni wiedziałam, że nie chcę mieć suszących się naczyń na wierzchu. Dlatego nad zlewem mam zamykaną szafkę z metalową suszarką w środku. Nic nie gnije i nie butwieje, bo jak możecie zauważyć na zdjęciu niżej, dno szafki jest metalowe i wysuwane, łatwe w czyszczeniu. Nie zakrywa też całkowicie całego dna szafki, dlatego jest cyrkulacja powietrza. Polecam to rozwiązanie.















Mój fioł na punkcie spójności wnętrza jest już Wam na pewno znany. Nie wyobrażam sobie czarnej płyty kuchennej w mojej kuchni. Gdy kupowałam moją pierwszą płytę 6 lat temu wybór był bardzo marny. W tym roku kupowałam ją dwa razy w ciągu kilku miesięcy i mogłam się przekonać, że wybór jest znacznie większy. Zapytacie po co mi tyle płyt kuchennych?  No sama nie wiem. ;) Jak mieć pecha to na całego. Najpierw płyta pękła, gdy szklana butelka przewróciła się na blacie i uderzyła o jej kant. Naprawa się nie opłacała. Kupiłam nową. Po paru miesiącach, na nową płytę spadł słoik z szafki obok. Przykleił się do plastra na mole i z hukiem spadł na nowiutką płytę. Dokładnie tą, którą widzicie na zdjęciu. Słoik przetrwał bez minimalnego uszczerbku, a płyta miała piękną siateczkę pęknięć po całości. Koszt naprawy..to już wiecie. Wtedy też dowiedziałam się, że mogę się ubezpieczyć od stłuczeń w domu. Ostatni wypadek z płytą kuchenną miał miejsce nie cały miesiąc przed zmianą ubezpieczenia. ;) Po co to o tym piszę?  Uczcie się na moich błędach. Założę się, że teraz jak mam ubezpieczenie od stłuczeń to kuchnia, którą aktualnie posiadam będzie nam dłuuuuuugo służyć :D A, ten cały wywód był też po to by się wytłumaczyć z tego żółtego paska przy kuchence. Jest innego rozmiaru niż poprzednia, a odnowienie blatu planujemy dopiero na wiosnę lub lato tego roku. ;)  












A na koniec zdjęcia przed i po. Nie ma spektakularnej przemiany, ale dla mnie i mojego estetycznego samopoczucia, to ogromna metamorfoza :D 





Dajcie znać, czy pomysł na własnoręczne wykonanie takiego wieszaka Wam się spodobał i czy skorzystacie z mojego tutorialu. Bo może tylko mnie, tak bardzo tego typu wieszak się podoba ??? 

ściskam
Iza

2018-01-30

POKÓJ CHŁOPCA - MOC TEKSTYLIÓW

Bez wątpienia, najwięcej zmian w ciągu 6 lat przeszedł pokój mojego syna. Od samego początku dopasowywany jest do jego potrzeb. Moje poczucie estetyki oraz to co wydaje mi się, że jest potrzebne i praktyczne, konfrontowane jest codziennie z jego potrzebami. Dlatego ewolucja pokoju Yosiela jest dość dynamiczna. Zapytacie może, czy mojemu dziecku nie przeszkadza to, że matka co trochę mu coś zmienia i kombinuje w pokoju. Dzieci przecież lubią stabilność, to daje im poczucie bezpieczeństwa. Też miałam takie wątpliwości. Do czasu, kiedy mój syn wrócił z dwu dniowej wizyty u babci, wszedł do swojego pokoju, rozejrzał się i z pewnym rozczarowaniem stwierdził: nic mi nie zmieniłaś, nie ma niczego nowego.... Teraz bez skrupułów, póki jeszcze mam tą możliwość, cały czas coś udoskonalam, lub minimalnie zmieniam. Zdaję sobie sprawę, że te dni też już są policzone i za chwilę, bez pozwolenia nie przesunę mu nawet pudełka na biurku ;) 

Co zmieniło się od ostatniego razu, kiedy pokazywałam pokój syna ? Nie jest to tak drastyczna rewolucja jak ta rok temu. Tym razem tylko poprzestawiałam, dodałam kilka tekstyliów w innym kolorze i wstawiłam trochę roślin na zimowe przechowanie. W sumie nie wiele, ale efekt praktyczno-wizualny jest znaczący. 





Jeszcze w wakacje zamieniłam miejscami łóżko z biurkiem. Dlaczego? Coś po prostu mi nie grało. Nie czułam tego ustawienia. Za każdym razem jak wchodziłam do pokoju, coś mnie uwierało, jak nie odcięta metka od majtek. Przestawienie łóżka nie było aż tak prostą sprawą. Brakowało około 1-2 cm, żeby się zmieściło. Mąż wykorzystał swoją siłę  i ruszył szafę, która wydawała mi się już nie do ruszenia. 


Letnie wyprzedaże zaowocowały również nową pościelą i chodnikiem, które miały trafić do Starachowic. Okazało się jednak, że świetnie grają i ożywiają pokój mojego syna.  Dołączyły do nich piękne poduchy z pomponami i tak "metka w majtach" przestała mnie uwierać ;) 


Lampki, które bardzo fajnie sprawdzały się nad biurkiem, równie dobrze realizują swoje powołanie nad łóżkiem. Początkowo obawiałam się, że są za nisko i możemy uderzać w nie głowami. Jednak ani razu nic takiego się nie zdarzyło, dlatego nie zmieniałam ich wysokości. 


Przestrzeń na biurku i nad nim nadal nie jest zagospodarowana tak jak bym chciała, choć i tu też zrobiłam postępy. Od czasu zrobienia tych zdjęć, przybyło parę gadżetów. Przybywają one stopniowo, tak jak rozwija się eksploatacja tej przestrzeni przez mojego syna. Początkowo było minimalne zainteresowanie obiektem, potem biurko było świetnym miejscem do odkładania wszystkiego. Następnie biurko pełniło rolę platformy do budowania skomplikowanych wyrzutni i torów samochodowych. Co raz częściej Yosiel przy biurku maluje, rysuje i pisze. 


Tymczasowo ściana nad łóżkiem została bez zmian. Chcę ją inaczej zagospodarować i ten plan już zaczęłam wcielać w życie. Może pokażę Wam to wcześniej niż za pół roku. 




Gdy sezon balkonowy dobiegł końca, musiałam znaleźć miejsce dla roślin. Parapetów mamy zaledwie dwa, w tym jeden w pokoju syna. Całe szczęście Yosiel z radością zgodził się na przezimowanie kwiatów u siebie. A mnie tak bardzo podoba się jego pokój z naturalną zielenią, że z chęcią zostawiłabym mu ją na cały rok. Może się uda ;) 






Chodnik w pokoju Yosiela to niedawny eksperyment. Mój syn ucieszył się, że mu dałam matę do ćwiczeń (to już wiecie, co jego matka robi wieczorami ;p). To jedyny dywan/chodnik w domu. Na razie pojawia się i znika. W zależności od potrzeb syna. 







Jest jeszcze parę rzeczy, które chcę udoskonalić w pokoju Yosiela. Mam nadzieję, że uda mi się zrealizować tego roczne plany co do tego pomieszczenia i pokazać Wam na blogu. 
Dla przypomnienia pokój Yosiela przed zmianami znajdziecie TU

ściskam 
Iza