2018-01-30

POKÓJ CHŁOPCA - MOC TEKSTYLIÓW

Bez wątpienia, najwięcej zmian w ciągu 6 lat przeszedł pokój mojego syna. Od samego początku dopasowywany jest do jego potrzeb. Moje poczucie estetyki oraz to co wydaje mi się, że jest potrzebne i praktyczne, konfrontowane jest codziennie z jego potrzebami. Dlatego ewolucja pokoju Yosiela jest dość dynamiczna. Zapytacie może, czy mojemu dziecku nie przeszkadza to, że matka co trochę mu coś zmienia i kombinuje w pokoju. Dzieci przecież lubią stabilność, to daje im poczucie bezpieczeństwa. Też miałam takie wątpliwości. Do czasu, kiedy mój syn wrócił z dwu dniowej wizyty u babci, wszedł do swojego pokoju, rozejrzał się i z pewnym rozczarowaniem stwierdził: nic mi nie zmieniłaś, nie ma niczego nowego.... Teraz bez skrupułów, póki jeszcze mam tą możliwość, cały czas coś udoskonalam, lub minimalnie zmieniam. Zdaję sobie sprawę, że te dni też już są policzone i za chwilę, bez pozwolenia nie przesunę mu nawet pudełka na biurku ;) 

Co zmieniło się od ostatniego razu, kiedy pokazywałam pokój syna ? Nie jest to tak drastyczna rewolucja jak ta rok temu. Tym razem tylko poprzestawiałam, dodałam kilka tekstyliów w innym kolorze i wstawiłam trochę roślin na zimowe przechowanie. W sumie nie wiele, ale efekt praktyczno-wizualny jest znaczący. 





Jeszcze w wakacje zamieniłam miejscami łóżko z biurkiem. Dlaczego? Coś po prostu mi nie grało. Nie czułam tego ustawienia. Za każdym razem jak wchodziłam do pokoju, coś mnie uwierało, jak nie odcięta metka od majtek. Przestawienie łóżka nie było aż tak prostą sprawą. Brakowało około 1-2 cm, żeby się zmieściło. Mąż wykorzystał swoją siłę  i ruszył szafę, która wydawała mi się już nie do ruszenia. 


Letnie wyprzedaże zaowocowały również nową pościelą i chodnikiem, które miały trafić do Starachowic. Okazało się jednak, że świetnie grają i ożywiają pokój mojego syna.  Dołączyły do nich piękne poduchy z pomponami i tak "metka w majtach" przestała mnie uwierać ;) 


Lampki, które bardzo fajnie sprawdzały się nad biurkiem, równie dobrze realizują swoje powołanie nad łóżkiem. Początkowo obawiałam się, że są za nisko i możemy uderzać w nie głowami. Jednak ani razu nic takiego się nie zdarzyło, dlatego nie zmieniałam ich wysokości. 


Przestrzeń na biurku i nad nim nadal nie jest zagospodarowana tak jak bym chciała, choć i tu też zrobiłam postępy. Od czasu zrobienia tych zdjęć, przybyło parę gadżetów. Przybywają one stopniowo, tak jak rozwija się eksploatacja tej przestrzeni przez mojego syna. Początkowo było minimalne zainteresowanie obiektem, potem biurko było świetnym miejscem do odkładania wszystkiego. Następnie biurko pełniło rolę platformy do budowania skomplikowanych wyrzutni i torów samochodowych. Co raz częściej Yosiel przy biurku maluje, rysuje i pisze. 


Tymczasowo ściana nad łóżkiem została bez zmian. Chcę ją inaczej zagospodarować i ten plan już zaczęłam wcielać w życie. Może pokażę Wam to wcześniej niż za pół roku. 




Gdy sezon balkonowy dobiegł końca, musiałam znaleźć miejsce dla roślin. Parapetów mamy zaledwie dwa, w tym jeden w pokoju syna. Całe szczęście Yosiel z radością zgodził się na przezimowanie kwiatów u siebie. A mnie tak bardzo podoba się jego pokój z naturalną zielenią, że z chęcią zostawiłabym mu ją na cały rok. Może się uda ;) 






Chodnik w pokoju Yosiela to niedawny eksperyment. Mój syn ucieszył się, że mu dałam matę do ćwiczeń (to już wiecie, co jego matka robi wieczorami ;p). To jedyny dywan/chodnik w domu. Na razie pojawia się i znika. W zależności od potrzeb syna. 







Jest jeszcze parę rzeczy, które chcę udoskonalić w pokoju Yosiela. Mam nadzieję, że uda mi się zrealizować tego roczne plany co do tego pomieszczenia i pokazać Wam na blogu. 
Dla przypomnienia pokój Yosiela przed zmianami znajdziecie TU

ściskam 
Iza 

2018-01-22

ZIMA W KOLORZE RDZY

Jakiś czas temu zapowiadałam, że blog z typowo wnętrzarsko-DIY zmieni się odrobinę. Wkradnie się w niego fotografia związana nie tylko z dotychczasowym głównym profilem. Na nowym serwerze tworzy się nowy wizerunek bloga, ale w między czasie już będę wprowadzać co zapowiedziałam. Dziś tak lekko, "lajfstajlowo" i rodzinnie. Jeśli jesteście ze mną długo, wiecie że kiedyś już takie treści tu przemycałam. 
Starachowice to ważna część bloga i mojego życia. Spędzałam tam każde wakacje do 18-tego roku życia. Kiedyś lato to była gwarancja słońca i temperatur skłaniających do myślenia tylko o pobycie w cieniu lub choćby w pobliżu większej kałuży, w której można byłoby zamoczyć nogi. Przynajmniej tak to zapamiętałam. W moich wspomnieniach z wakacji zalew Lubianka jest bardzo ważnym i dominującym punktem lata. Z kuzynostwem spędzaliśmy tam całe dnie, tylko dorośli zmieniali się na straży i uzupełniali prowiant. 
Nie pamiętam dokładnego roku powstania zalewu, a wszechwiedzący wujek google podpowiada tylko początek lat osiemdziesiątych. Stawiam na rok '85 lub '86 ubiegłego wieku. W pamięci mam obrazki gdy woda dopływa tylko do początku wybudowanego mola, a ludzie opalają się leżąc na nim i pod nim. Potem woda zakryła tą przestrzeń i tak powstało strzeżone kąpielisko. Ja tam nauczyłam się pływać, teraz uczy się tam pływać mój syn. Gdy tylko jesteśmy w Starachowicach, spacer nad zalew jest obowiązkowy, niezależnie od pory roku.  
Dlaczego o tym wszystkim piszę ?  Skąd takie smęty -sentymenty na blogu? Ostatnie Święta Bożego Narodzenia spędzaliśmy właśnie w Starachowicach. Dla mnie to nie nowość. Wszystkie Święta tam spędzałam do czasu zakupu własnego mieszkania. Ostatnie 5 lat to ja organizowałam Wigilię. W końcu wszystkie wiatry sprzyjały powrotowi do starych czasów. I pewnie teraz jak patrzycie za okno i widzicie ten biały puch (z tego co się orientuję w większości kraju), to nie pamiętacie, że nie cały miesiąc temu mieliśmy całkiem ładną grudniową wiosnę. I jak tylko przestało lać przez parę dni pięknie świeciło słońce. Idealna pogoda na spacer. Oczywiście, kierunek obraliśmy na Lubiankę. Był jeszcze jeden powód tego spaceru. Po ponad 30 latach z zlewu spuszczana jest woda. Chciałam to zobaczyć. Ciekawa byłam, czy jeszcze jakieś obrazy w pamięci wypłyną na powierzchnię, gdy znowu zobaczę molo od spodu ;) Niestety nic nowego mi się nie przypomniało, ale tym razem zrobiłam zdjęcia i kiedyś, kiedyś nie będę musiała szukać w pamięci, a na dysku ;) 
Grudniowy zachód słońca był tak piękny, że praktycznie chodziłam z przyklejonym do oka aparatem. I pewnie po ilości zdjęć pomyślicie "powinna zrobić selekcje, za dużo tego"... no więc, zrobiłam selekcje i to bardzo szczegółową. Za wszelkie skurcze w palach od scrolowania w dół, przepraszam ;) 






Jeśli ktoś zastanawia się nad tytułem wpisu, to pewnie po paru zdjęciach przestanie. Ten rdzawy motyw to nie efekt presetów ani filtrów. To efekt ciepłego światła złotej godziny, podbity piaskiem z domieszką rud żelaza występujących w tych okolicach. 




Tyle lat kąpałam się w zalewie, ale to co odkryła opadająca woda totalnie mnie zaskoczyło. Dno pełne szczeżuj. Dywan muszli. W tej kwestii wujek google, podpowiada, że takie rzeczy to tylko w czystych wodach. Cieszy mnie to bardzo. 




A nad zalewem można spotkać aniołki wiszące na molo i małe diabełki po nim biegające ;) 



















Ta strona mola była już dla tych, którzy umiejętność pływania nabyli. Fajnie było się nią przejść, gdy tyle razy się tam pływało :) 




Chwila nie uwagi i dziecko...w piasku ;) 




Tego w internecie nie znajdziecie. Aż do teraz. Skąd nazwa Lubianka? Legendy, a dokładnie moja mama i jej siostry mówią, że od kamienia. Gdy one były małe zamiast zalewu, z lasu wypływała rzeczka. Tam moja mama z rodzeństwem spędzała latem wiele czasu. Nad rzeką stał kamień, na którym było wyryte "Lubię Janka"... ;) 




















Zastanawiacie się, czy likwidują zalew ?  Całe szczęście nie. Zbiornik przejdzie gruntowny remont i metamorfozę. Mam być "eh" i "ah". Ma być nowe molo, restauracje, ścieżki rowerowe i parę innych rzeczy sprzyjających rozrywce. Plany są piękne, ale ja gdzieś w środku, tak nostalgicznie nie zachwycam się tą luksusową przyszłością Lubianki. Będzie mi brakować tej starej i trochę dzikiej, takiej "mojej". Choć nie wykluczam, że jeszcze się zachwycę. Bo w końcu, kto jak kto, ale ja kocham zmiany :) 



A na koniec takie małe zestawienie. maj 2017/grudzień 2017

Do tej pory na blogu Lubianka pojawiała się przy okazji tych wpisów : 1/2/3/4. Gdybyście chcieli porównać aktualny stan z poprzednim.

ściskam
Iza